Działanie jako część natury

Rozmowa  Geseko von Lüpke z pisarzem i tuwińskim szamanem – Galsanem Tschinagiem (fragment książki „Dawna mądrość na nowe czasy”).

 

Galsan Tschinag jest pisarzem, przywódcą i szamanem Tuwińców.  Przyszedł na świat w 1943 roku pośród czarnych gór Ałtaju w zachodniej Mongolii. Tam jego rodzina – pasący bydło nomadowie – rozbiła zimowy obóz. Jego pierwszą nauczycielką byłą ciotka Pürwü, znana i ceniona tuwińska szamanka. Wychował się w jurcie, a potem uczęszczał do szkół z internatem.

Już jako dziecko nauczył się kazachskiego, potem mongolskiego i rosyjskiego. Dobrze się uczył i po ukończeniu dziesiątej klasy mógł pójść na studia w Moskwie. Nie skorzystał z tej możliwości. Przez rok studiował mongolistykę w stolicy Mongolii Ułan Bator, a od 1962 do 1968 roku germanistykę na Uniwersytecie Karola Marksa w Lipsku. Pracę dyplomową napisał o Erwinie Strittmacherze. Potem uczył niemieckiego na jednym z państwowych uniwersytetów w Mongolii. W 1976 roku z powodów politycznych zabroniono mu uczenia. Przeszedł poważną chorobę i powrócił do szamańskich korzeni. 

            Później pracował jako tłumacz i dziennikarz. W 1981 roku ukazała się w Berlinie Wschodnim jego pierwsza książka „Historia Tuwińców i inne opowiadania”. W 1991 tytułowe opowiadanie zostało sfilmowane w Mongolii, a rok później zdobyło nagrodę Adalberta von Chamisso. Wydał również inne opowiadania, powieści i tomiki poezji, większość po niemiecku. Żyje w drodze między rezydencją w Ułan Bator, Europą i stepami zachodniej Mongolii, ojczyzną swego plemienia. W 1995 spełniło się jego wielkie marzenie: przez ponad dwa tysiące kilometrów prowadził wielbłądzią karawanę tuwińskich nomadów z powrotem do ojczyzny w wysokim Ałtaju, z której w latach sześćdziesiątych zostali wysiedleni.
Galsan Tschinag, zakorzeniony w pierwotnych społecznościach, a jednocześnie żyjący w nowoczesnym świecie jest szamańskim uzdrawiaczem, który za swoje zadanie uważa integrację różnych kultur. W Europie pełni funkcję ambasadora innych form kultuowych, sposobów myślenia i uzdrawiania.


 

Ałtaj uważa się za serce szamanizmu. W jakim krajobrazie narodziła się tak silna religijność natury?

To wielkie górskie stepy zachodniej części Azji Środkowej, wysokie góry sięgające 4600 metrów, pokryte grubą warstwą lodu. Roślinność jest bardzo uboga. Trawy, modrzewie, brzozy, wierzby. I kamienie, kamienie, kamienie. Prastare pokłady kamieni – Ałtaj jest bardzo kamienisty, przepełniony kamiennym bogactwem. Góry są strome, kanciaste, zimne. W jednym z wierszy napisałem: „Na północnym stoku gór życia jesteśmy u siebie”.

Powiedział pan, że Ałtaj jest przepełniony kamiennym bogactwem. Oczywiście nie ma pan na myśli bogactwa materialnego?

Oczywiście. Kamień to tajemnica. Milcząca, zamrożona pieśń. Milczące obrazy. Kiedy ma się zdolność budzenia, ożywiania rzeczy, kamienie zaczynają przemawiać. Pierwszą próbą takiego kontaktu jest śpiew gardłowy. Narodził się on właśnie wśród gór. Wszędzie tam, gdzie są góry, jest i śpiew gardłowy. I szamanizm. Ojczyzną szamana była jakaś górska dolina, być może wąwóz, gdzie stało wokół siebie mnóstwo skał: skał, które wykorzystując echo, mogły się ze sobą komunikować. Dzięki skałom uzmysławiamy sobie, że kamienie mówią. Dla mnie kamień jest towarzyszem, partnerem rozmowy. W zasadzie każdy człowiek może rozmawiać z kamieniami albo sprowokować kamień do mówienia. Nie każdy jednak wyznaje filozofię życiową, która mu na to pozwala. Bo filozofię życiową, którą przyjęliśmy za własną i którą się kierujemy, traktujemy jak alfę i omegę. Zachód przyjął filozofię, która na wszystkim przeprowadza sekcję zwłok. Zachodni sposób myślenia kroi kosmos wzdłuż i wszerz. Ślady po nożu stają się coraz wyraźniejsze. Wszystko zostało pocięte w obu kierunkach – niebo, ziemia, a nawet pustka. Całe nasze życie, cały kosmos są w ten sposób skategoryzowane. Każdy człowiek jest przypisany do jakiejś przegródki, kamienie do innej, drzewa do jeszcze innej. I wszystko jest oddzielone od reszty. Nasze podejście jest inne. Wszystko, co znajduje się w kosmosie – nawet w dalekich galaktykach – sprowadzamy z powrotem tu, czynimy częścią nas samych. Kosmos jest dla nas wielką okrągłą całością. I wszystko jest ożywione, uduchowione, natchnione, ma ciało i ducha. Staramy się widzieć wszystko jako jedność, a nie jako oddzielne elementy.

Czy sposób życia tuwińskich nomadów jest bezpośrednio związany z szamanizmem?

Oczywiście! Każdy nomada przyszedł na świat w społeczności szamańskiej. Przy kołysce stoi szaman i przy trumnie stoi szaman. Szaman jest tym, który nas przyjmuje, tym, który nam towarzyszy, który prowadzi nas przez życie. Kiedy przeżywamy jasne, piękne, radosne chwile, szaman siedzi na honorowym miejscu. Kiedy przechodzimy przez ciemność, trudności, szaman siedzi przy źródle, z którego tryska to, co jest dla nas bolesne i nieprzyjemne. Całe tło naszego świata jest wciąż jeszcze szamańskie, chociaż przed kilkoma setkami lat do Mongolii przyszedł buddyzm. Duchowa walka trwała setki lat. Wreszcie buddyzm i szamanizm doszły do porozumienia. Mongolski buddyzm przejął wiele elementów szamanizmu. Niezależnie od tego podstawą myślenia nomadów jest szamanizm.

Jakie relacje łączą człowieka z naturą – ziemią, wodą, niebem, kamieniami? Czy w ogóle istnieje koncepcja podziału?

Wszystko to nasi bracia i siostry, części nas samych. Wszystko jest częścią mnie, mojego innego ja. Ludzie to jedne z wielu roślin kosmosu. Tak jak drzewa mają różne nazwy – brzozy, sosny, olchy, wierzby – tak też inne istoty mają różne imiona: konie, żuki, owce, ludzie, trawy. Ale na tym się nie kończy. Kiedy zwracam się do drzewa, słowami czy bez słów, nazywam je bratem. Kiedy zbliżam się do wody, nieważne, czy jest to rzeka, czy morze, nazywam ją siostrą. Niebo jest moim ojcem. Ziemia matką, kamień jest moim przyjacielem. Kamień nie jest tylko kamieniem. Tkwi w nim duch. I może to być duch przyjazny lub nie. Tak podchodzimy do każdego kamienia. , który pojawia się na naszej drodze. Chciałbym także, aby każdy kamień zauważył mnie. Mówi my, że są dobre i złe kamienie. Są też takie, które trzeba zostawić w spokoju. Bardzo ważne jest to, co wiemy o kamieniach (na przykład o uranie), które są dla nas szkodliwe.
W każdej rzeczy dostrzegamy ducha. Według mnie cała natura jest ożywiona i uduchowiona. Kiedy zwracam się z tak wielkim szacunkiem do natury, szacunek ten musi wypływać ode mnie samego. Wielki kult, głęboki szacunek musi zacząć się ode mnie samego.

Rzeka Czuja

Jakie codzienne czynności lub rytuały się z tym wiążą?

Codziennie, trzy razy dziennie, cztery, pięć, czasami niezliczoną ilość razy dziennie odprawiamy modlitwę w naturze. Wczesnym rankiem gotujemy herbatę z mlekiem. Zanim zaczniemy ją pić, spryskujemy nią wszystko dookoła. Wierzymy, że kiedy napój czy jedzenie są gotowe, najlepsze są pierwsze krople, pierwsze kawałki. Dostają je więc gwiazdozbiory, Słońce, Księżyc, góry, rzeki, stepy, a także przodkowie, duchy przodków, którzy odeszli, ale nie zniknęli – stali się częścią nieba. Istnieje bardzo dużo określeń umierania. Najpiękniejsze z nich to stawanie się niebem. Moi rodzice odeszli z tego świata, z formy, jaką tu jesteśmy, ale nadal istnieją – stali się częścią nieba. Dlatego codziennie zwracamy się do tych istot, czasami głośno wołając, czasami śpiewając, czasami mrucząc coś do siebie, a czasami tylko w myślach. Kiedy ludzie stoją tak, głęboko zatopieni w myślach, zwracając się we wszystkich kierunkach świata, staje się to rodzajem medytacji. Nie trzeba dużo mówić, aby się modlić. Ludzie są żywą modlitwą.
Kiedy stoimy twarzą w twarz z życiem, zaczynamy odczuwać pokorę. Jesteśmy związani z każdą, nawet najmniejszą cząstką natury. Nie ma dla nas znaczenia, czy ta cząstka nazywa się owca, góra, trawa, czy Niemiec. To tylko chwilowe nazwy. Może się zdarzyć, że ta część, którą dzisiaj nazywamy Niemcem za trzy lata lub za trzy dni będzie kamieniem. A potem, za następne trzysta lat – prochem. Później, za trzy tysiące lat, może znów stać się owcą tu u nas, w Ałtaju, lub powrócić jako moje dziecko – skośnooki, krzywonogi tuwiński nomada. Dlatego nie można niczym pogardzać. Również wobec ludzi, którzy nie mówią naszym językiem i nas nie rozumieją, trzeba zachować uważność. Być może za trzysta lat będę kimś, kogo będziemy bardzo kochać.

W języku tuwińskim nie ma słowa bóg. Czy to natura jest czczona jako najwyższa boskość?

Spokojnie możemy tego słowa używać. Ale my mówimy o niebie. A boskość jest w nas. Jest w każdej cząstce kosmosu. Musimy ją tylko zauważyć i zaakceptować. Kiedy mówię, że boskość jest we mnie, nie okazuję pychy. Wiem, że i diabelskość jest we mnie. To, co diabelskie, i to, co boskie, są określeniami jednego i tego samego. Za dwie minuty zachowujący się dotychczas w boski sposób Galsan może pokazać diabelskie zęby, pazury, okazywać chciwość. Nie rozróżniamy tych pojęć. Ludzie Zachodu bazują na przeciwieństwach: dobre – złe, stare – młode, życie – śmierć, światło – cień. Takie podziały nie istnieją. W cieniu ukrywa się światło, a w świetle – cień. Życie jest inną formą śmierci, śmierć jest inną formą życia. Po co się rodzę? Aby umrzeć! Dlaczego umieram? Aby się odrodzić i powrócić do życia.
Bezwzględnie wierzymy w powrót duszy i ducha. Człowiek składa się z ciała, duszy i ducha. Ciało jest śmiertelne i przemija, dusza przenosi się do innego ciała. Kiedy umieramy, nasza dusza przenosi się na kogoś innego, kto przychodzi na świat. Dusza wędruje nadal, a duch jest wieczny – zostaje albo staje się częścią kosmosu. Jesteśmy punkcikami w wielkiej okrągłej całości. Dlatego nie musimy niczego od niczego oddzielać.

Mówicie: „Kiedy wstajesz wcześnie rano, idź w góry”. Czy ma to coś wspólnego z wewnętrznym krajobrazem człowieka – krajobrazem duszy? Czy mamy w sobie lustro, które wszystko odbija?

Poranne wycieczki w góry nazywamy medytacją. Można się tam odprężyć, porozciągać, trochę poruszać – dotyczy to nie tylko ciała, ale i duszy, i ducha. Znaczy to też, że trzeba uważnie patrzeć: gdzie są konie, gdzie owce, kto przychodzi, kto dokądś idzie. A potem wejść w siebie i zapytać: „W jakim miejscu jestem dzisiaj? O czym śniłem? Dokąd dziś pójdę?”. Każdy dzień jest życiową podróżą.

Kiedy mówimy o świecie zewnętrznym, nazywamy go środowiskiem. Bardziej nowoczesnym określeniem może być współśrodowisko. W pana książkach pojawia się często myśl, że nomadowie wychodzą nawet poza to i identyfikują się z naturą na jeszcze głębszym poziomie.

Nasze koczownicze życie rozciąga się zawsze we wszystkich kierunkach, w czasie i w przestrzeni. Jesteśmy stale w ruchu. Właściwe ludzie z miast Zachodu też są nomadami. Wędrują od dzieciństwa do starości, i w przestrzeni, i w czasie – bo jest to też zawsze podróż w czasie. Kiedy jesteśmy tego świadomi, możemy pozwolić się życiu unosić – jak wtedy, gdy unosi nas woda. Możemy, jeśli mamy ochotę, trochę pokrzyczeć czy poszumieć, możemy dać się na chwilę zamrozić, możemy też pozostać przez jakiś czas w bezruchu. Mamy czas, nie ma pośpiechu. Nasze koczownicze poczucie czasu jest cudowne. Uważamy, że życie jest piękne i nieskończenie długie. Cóż to jest sześćdziesiąt lat? Dzisiaj ludzie żyją dziewięćdziesiąt! Jak niezwykle długo w porównaniu z życiem muchy, które trwa jeden dzień, albo motyla, które trwa trzy, cztery dni. Z życiem owcy, które trwa tylko pięć czy sześć lat. Czy też konia, który żyje dwadzieścia czy trzydzieści lat. W porównaniu z innymi istotami, z którymi dzielimy świat, życie człowieka jest bezwstydnie długie! Zawsze się dziwię, kiedy słyszę, jak ludzie Zachodu mówią, że nie mają czasu. Kiedy się ich o coś prosi, często zaczynają od słowa niestety. Mają zaplanowane całe życie.

Jeśli – jak powiedział pan wcześniej – to, co dzisiaj jest kamienie, jutro może stać się prochem, a pojutrze naszym dzieckiem, to w przeciwieństwie do naszego coraz szybciej upływającego czasu nomadowie mają coś, co nazwać by można czasem głębi…

Prawdopodobnie jestem człowiekiem, któremu zostało ofiarowane najdłuższe życie na ziemi. Za każdym razem, kiedy opuszczam swój klan i przybywam do Europy, pokonuję dystans tysięcy lat. To nie tylko podróż w przestrzeni, ale i w czasie, i towarzyszą jej głębokie transformacje kulturowe. Któryś z nas: albo ja, albo ty, żyje po drugiej stronie czasu. Nie wiem który, ale z całą pewnością nie żyjemy w tym samym czasie. Jeden z nas musi mieć rację – albo w ogóle nie mamy czasu, albo mamy go tak wiele jak myślę ja. Sześćdziesiąt ludzkich lat – to bardzo dużo! Wszystko można zrobić. Można kilka razy zniszczyć planetę i kilka razy ją odbudować. Nomadowie dzięki swemu poczuciu czasu doświadczają wielkiego spokoju. Mamy wolniejszy puls. Powoli wdychamy powietrze, powoli je wydychamy. Moje serce bije z prędkością pięćdziesięciu czterech uderzeń na minutę. To puls zdrowego sportowca! Puls Europejczyka w moim wieku to zwykle około siedemdziesięciu pięciu uderzeń na minutę. Żyje szybciej. Dlatego dla nomadów rok trwa dłużej niż dla człowieka z miasta. Jeśli w ten sposób przeżyje się sześćdziesiąt lat, ma się w sercu dużo wdzięczności. Stwierdza się, że to piękne życie i jest się gotowym w każdej chwili odejść.

Powiedział pan, że nomada czuje się jak punkcik w wielkiej okrągłej całości. Czym różni się okrągłość od kształtów, które mają kąty?

Koło to praforma życia. To, co robi wrażenie martwego, jest linearne, trójkątne, kanciaste, a co zaczyna żyć lub co ma w sobie prąd, jest zawsze okrągłe, niczym kropla wody. Przypatrzmy się własnemu ciału: okrągłe oczy, okrągłe nerki, okrągła czaszka, również ramiona i pośladki są okrągłe. Wszystko jest zaokrąglone. Kiedy jednak zamrozimy krople wody, powstają kryształki, linie. Można ją zawsze rozmrozić i znowu stanie się wodą. To, co okrągłe, jest piękne, przyjazne. Trójkąty powstały wraz z powstaniem miasta. Okrągła, przyjazna, subtelna kultura zbieraczy i nomadów została w pewnym momencie zaatakowana. Wynaleziono to, co ostre, spiczaste, kanciaste, linearne – tak myślę. Kosmos jest okrągły. Ptaki budują okrągłe gniazda nie bez powodu. A ludzie, wzorując się na nich, zbudowali ogromne okrągłe gniazdo – jurtę. Wszystko, co się w niej znajdzie jest okrągłe.

Jurty nomadów na Ałtaju

W tej ogromnej okrągłej całości Tuwińcy żyją w zgodzie z jeszcze większym porządkiem – mam na myśli porządek astrologiczny.

Muszę jeszcze raz wrócić do tego, że jesteśmy tylko okruchem całości. Kiedy tak się to rozumie, nie ma ryzyka popadnięcia w egotyzm – nie jesteśmy aż tak ważni. Jestem wdzięczny, że istnieję, że dano mi tę formę istnienia. Jestem jednak tylko elementem o wiele większej całości. Może brzmi to pokornie, wręcz uniżenie, ale jeśli zrozumiemy, że kosmos jest świętym, okrągłym, potężnym naczyniem, odczujemy też szacunek dla okruchu, jakim sami jesteśmy. Będąc nieskończenie mali, jesteśmy cząstką ogromnego, potężnego porządku.

Na Zachodzie mówimy o losie jako o nadanym z góry porządku. Wy używacie metafory naczynia, w którym człowiek przychodzi na świat i które się wypełnia.

Ta, tak właśnie mówimy o losie. Mówimy też o woreczku z losem – a jest nim kobieca macica. Każde dziecko przychodzi na świat z takim niewidzialnym woreczkiem. Jedno może dostać bardzo dużo, drugie niewiele. Każdy człowiek ma do wypełnienia jakieś zadanie. Każdy ma swoją porcję szczęścia i radości, ale musi też doświadczyć trochę smutku i cierpienia. Każdy ma swoje prawa i możliwości. Nie wszyscy jednak muszą być szamanami, poetami, czy wielkimi artystami. Potrzebujemy tez dobrych szewców. Potrzebujemy prostych, dobrych ludzi z rozmaitymi umiejętnościami i zdolnościami, nie tylko ludzi z wielkimi muskułami czy wielkim rozumem. Potrzebujemy ludzi o miękkim sercu i łagodnym usposobieniu.

Bardzo słabo zaludniony Ałtaj to kraina, w której obok ludzi żyją wilki i niedźwiedzie. Natura nie jest więc łagodna i przyjazna jak w Europie – jest dzika i groźna. Jakie relacje łączą was z dzikimi zwierzętami i niebezpieczną stroną natury?

W Europie szczęście rozumie się bardzo jednostronnie. Ludzie myślą, że każdy dzień musi upływać w radości. Zawsze powinno być słonecznie, jasno i ciepło. Człowiek musi być syty, dobrze ubrany i musi się wciąż śmiać. Europę zawładnęła epidemia śmiechu. Ale życie to nie tylko śmiech. Co się dzieje, kiedy się nie śmiejemy? Co się dzieje, kiedy jesteśmy zadumani, kiedy snujemy refleksje? Albo kiedy płaczemy? Czy to już nie jest życie? Według nas życie to wszystko, co istnieje, włącznie z cierpieniem, głodem, zimnem i pragnieniem. Każdy ma prawdo również do tych rzeczy. Kiedy urodziło mi się dziecko, nie chciałem odbierać mu prawa do łez, smutku, głodu czy pragnienia. Chciałem, żeby moje dziecko doświadczyło wszystkiego, co dane jest ludziom. Kiedy patrzymy na to w ten sposób, wszystko jest na swoim miejscu. Dzikie zwierzęta, wysokie poszarpane góry, stepy i całą przestrzeń pomiędzy nimi. To wszystko tworzy ciało kosmosu. A jednocześnie ciało życia.

Co ma wspólnego z szamanizmem dziki, przepełniony przemocą świat natury?

Szaman jest wyrazem tej naturalnej przemocy. Rozumie siły natury. Natura często sprawia wrażenie pięknej i oswojonej. Człowiek, który podróżuje po świecie, aby doświadczyć piękna natury, wyszukuje miejsca spokojne i słoneczne, ale my, którzy jesteśmy bezpośrednio z naturą związani, wiemy, czym ona jest naprawdę: jest mianowicie wielką siłą. Natura to potęga i władza. Bryza będąca wytchnieniem dla tych, co szukają odpoczynku, może szybko przemienić się w silny wiatr, a potem w huragan. Szaman to wyraz tej siły, dlatego czasami może kojarzyć się z przemocą i uciekać do przemocy. To, co przez niego przemawia, to siła natury. Szaman to obłąkany, rozgorączkowany i szalony człowiek, który usiłuje zgłębić to co niezgłębione. To człowiek trochę umysłowo chory, schizofrenik. Ale on tę schizofrenie świadomie pielęgnuje i rozwija.

Ałtajscy nomadowie

Zachodnia nauka dawno uznała szamanizm za patologię. Ale pan zdaje się cenić i szanować to wariactwo.

Kiedy dwunastoletnie europejskie dziecko jest trochę inne niż wszyscy, rodziców natychmiast ogarnia strach i prowadzą je do lekarza. U nas się tego nie robi. Wręcz przeciwnie – pojawia się wtedy nadzieja: „Ach, czy to może kiedyś będzie szaman?”. I to szaleństwo jest przez wszystkich cierpliwie znoszone, bo wiemy, że nie potrwa długo. Prawdziwie głęboki kryzys trwa na ogół około dziesięciu dni. Potem trzeba te specjalne zdolności podtrzymać, pielęgnować. Szaman to istota, która przekracza granice, przechodzi na drugą stronę tego, co widzialne, słyszalne, dotykalne i wyczuwalne. Udaje się to jeśli jest się dobrze wytrenowanym, jeśli ma się bardzo czułe anteny, dobrze funkcjonujące czujniki. Tylko tyle. Trzeba dbać o ten anteny i o to, aby wciąż otwierać dla nich nowe horyzonty. Tak upływa moje życie. Z każdym dniem staję się bogatszy o nową wiedzę, z każdym rokiem mądrzejszy i lepszy. Widzę coraz wyraźniej, lepiej słyszę, czuję i przede wszystkim myślę. I każdy pacjent, każdy odczyt, każdy wykład jest dla mnie małym egzaminem. Zdaję ten egzamin sam przed sobą lub, jeśli pan woli – przed niebem.

Pańska metafora czujników nawiązuje do stałego poszerzania postrzegania horyzontów. To znaczy, że szaman musi się wciąż rozwijać.

Czym jest życie? Grą. Każdemu z nas dano ludzkie ciało i ducha. Dzięki temu mamy dostęp do gry: gramy w gigantycznym kasynie o nazwie planeta Ziemia. Gramy w Las Vegas, gramy w Ałtaju i gramy w Allgäu – z różnymi rezultatami. Jedni wygrywają, inni przegrywają, ale ostatecznie wygrywa cała ludzkość – przez samą przyjemność, jaką gra nam sprawia. Kiedy zaczynamy przegrywać, gra może wydawać się gorzka i nieprzyjemna; ale jeśli rozumie się ów zabawowy aspekt życia, łatwiej znieść największe nawet cierpienie. Nie można wymazać bólu, trzeba go przeżyć, rozpuścić. Na końcu pozostaje proste, cudowne stwierdzenie, wielokrotnie powtarzane przez szamanów: „Kochani, w końcu to wszystko to tylko gra!”.

Jeśli wszyscy Tuwińczycy uważają się za nieodłączną część natury, to szaman musi być jej wyjątkową częścią. Jaki wyraz znajduje to w jego działaniu?

Szaman jest pośrednikiem, pomostem między tym, co widzialne, a tym, co niewidzialne, między bezsiłą a wszechpotęgą, między jednym a drugim ja, między ,mą a wszystkimi innymi istotami, między mną a kamieniem, który wygląda na głuchy i martwy.

Jeśli wszystkie te rzeczy są uduchowione, jeśli wszystko jest duchem, a szaman pomostem między nimi, to czym są duchy?

Jedni mówią o wibracjach, inni o energiach, jeszcze inni o falach. A my o duchu. Proszę się przyjrzeć językowi niemieckiemu – jest dowodem na to , co było. Język zawsze odzwierciedla przeszłość. Współczesny, nowoczesny Niemiec niezbyt chętnie i niezbyt często myśli o swoich przodkach, o starych Germanach. Byli szamanami, poganami. Poganin to inne określenie szamana. Pogaństwo rozpoznało potęgę natury, jej dusze i wielkiego ducha, który ją zamieszkuje. Dlatego wymyślono lingwistyczne pojęcie ducha – podtrzymywać kogoś na duchu, upadać na duchu, w zdrowym ciele zdrowy duch i tak dalej.
Mamy nawet spirytus, alkohol, który zawiera spirit – słusznie. My pijemy wódkę mleczną i nazywamy ją spirit. Kiedy pytają mnie, czy widziałem kiedyś ducha, odpowiadam, że widuję duchy codziennie, na przykład w wódce mlecznej w mojej srebrnej misie.

Wtedy odpowiadają panu pewnie, że to nie duch, a alkohol.

Człowiek Zachodu uważa, że sceptycyzm jest wielką siłą. Wciąż się wszystko neguje i obala. Bardzo trudno powiedzieć Europejczykowi prawdę – prawdę, która tkwi poza horyzontami tego, co widzialne. Europejczyk będzie walczył tak długo, jak długo starczy mu argumentów. Czy jednak rzeczywiście dostrzegamy wszystko co istnieje? Czy widzimy wiatr, gorąco, zimno, fale światła? Ludzie znajdują się na samym początku tego, co nazywamy człowieczeństwem.

Co znaczy to, że szaman próbuje poszerzyć to, co nazywamy człowieczeństwem?

Mówi się o szóstym zmyśle. Szaman to ktoś, kto posiada szósty zmysł. A jeśli jest wystarczająco mądry, może rozwinąć siódmy, a nawet ósmy. Człowiek może się zmieniać, zmieniać się mogą też jego zmysły. Zmysły można trenować.

Czy duchy i przodkowie to jedno i to samo? Czy wszystko, co istnieje, było kiedyś ożywione i dlatego wszystko jest naszymi przodkami?

Kim jest człowiek? Jest sumą triady, supłem splecionym z trzech nici: ducha, duszy i ciała. Nasi przodkowie, którzy zdjęli z siebie ciała, stali się niebem – po to, aby być w pobliżu. Nadal istnieją jako dusze, jako duchy. Kiedy trzy, cztery, czy pięć razy dziennie rozpryskujemy mleko, wrzucamy do ognia najlepsze kawałki ugotowanego mięsa lub kładziemy je na honorowym miejscu w jurcie albo zanosimy na szczyt góry, aby je tam spalić – dzielimy się z przodkami, z duchami.

Jaki jest wasz stosunek do śmierci?

Każdy wie, że kiedyś umrze. Ja jednak zupełnie się tego nie boję. Wręcz przeciwnie – czuję się zaszczycony, że kiedyś stanę się kawałkiem nieba, gwiazdą, częściowo powietrzem, częściowo wiatrem, częściowo światłem. Nie umieramy. Jesteśmy nieśmiertelni. Można w to oczywiście wierzyć lub nie. Człowiek ukształtowany na Zachodzie ma bardzo dużo dobrych stron, dużo mocnych stron. My, ludzie Azji, chcemy być tacy sami i próbujemy go naśladować. Jest jednak kilka rzeczy, których nie usiłujemy naśladować: na przykład braku poczucia humoru, sztywnej powagi Zachodu. Duchy, o których mówimy, mają szczególną osobliwość: chcą się bawić – jak dzieci. Wasz bóg jest gniewnym bogiem, który surowo na nas patrzy, pilnuje jak nadzorca i ma pod ręką wiele rodzajów broni, którymi zawsze może ludzi ukarać. Nasz bóg, którego nazywamy niebem, jest trzylatkiem, który wciąż chce się z nami bawić. I im więcej bawimy się z tym bogiem – z tą istotą, dla której nie znaleźliśmy jeszcze imienia – tym staje się on weselszy i lepszy dla nas. Dzięki temu wciąż żyję w trzech światach, które do siebie nie przylegają. Ale ponieważ się bawię – z diabłem, śmiercią, z ogniem, ze wszystkim, co istnieje – wciąż żyję.

Jeśli duchy są tak żądne zabawy, dzikie i nieokiełznane, to czy można nazwać szamana pogromcą duchów?

Tak, użył pan właściwych słów. Jesteśmy tymi, którzy kierują duchami, jesteśmy reżyserami duchów, ich pogromcami. Nie karzemy ich jednak. To nie nasze zadanie. Chcemy je po prostu trochę rozerwać i sami się trochę przy tym pobawić. A duchy potrzebują pożywienia. Dlatego codziennie je karmimy. Rozpryskujemy herbatę, mleko, wódkę, palimy mięso. Dajemy im pożywienie, a one to bardzo lubią – jak gołębie. Teraz przemówię jak człowiek Zachodu: być może wcale nie karmię duchów. Wiem jednak na pewno, że karmię samego siebie, swoją wiarę. Diabeł i bóg nie siedzą gdzieś na dole i na górze – obaj są we mnie. Każdy człowiek ma w sobie wewnętrzny kosmos.

Czy to właśnie nazywa się białą krainą duszy?

Można to tak nazwać. Teraz jestem przede wszystkim uzdrawiaczem. Przychodzą do mnie chorzy, a ja z nimi żartują. Zachowuję się inaczej niż tutejsi lekarze. Biorę człowieka za rękę i opowiadam mu śmieszne historie, kolorowe, komiczne, nieujarzmione historie, szalone historie. Rozmawiam z nimi o wszystkim, z wyjątkiem jednej rzeczy – ich choroby. Odciągam ich od choroby. Zabieram ich w podróż i w trakcie tej podróży trzymam ich za obie ręce. Zauważam zwykle, że ich ciało, które na początku drżało, uspokaja się i w środku wszystko zaczyna płynąć. Wtedy mówię: „Dobrze, już jesteś zdrowy”. Pacjent wraca do domu i spostrzega, że rzeczywiście nie odczuwa już bólu, że palce znowu się zginają…
Jak to się stało? Kiedy się na to patrzy z zewnątrz, może to wyglądać tak, jakbym to ja przywrócił temu człowiekowi zdrowie. Ale tak nie jest. Ja tylko nacisnąłem na odpowiednie nerwy, na odpowiednie węzły, i człowiek sam się uleczył. Każdy, kto przychodzi na świat, jest wytworem najwyższej jakości. Stwórca stworzył nas doskonałych. Jeśli coś w naszym życiu dzieje się nie tak jak powinno, jest to tylko skutek naszej nieuwagi, naszej głupoty – zapadliśmy bowiem w sen. Wystarczy nacisnąć na odpowiedni nerwy i ten chwilowo uśpiony, częściowo zwapniały wewnętrzny komputer budzi się, wraca do życia. Odpada kurz, wapno, popiół śmierci – i drobne nerwy życia budzą się. Wówczas mówię ludziom, że już są zdrowi.

Znaczy to, że proces leczenia przypomina wywożenie śmieci i przywracanie naturalnego piękna.

Tutejsi ludzie są mistrzami biadolenia, narzekania, skarżenia się, jęczenia. Potem spada na człowieka choroba i trzeba iść do lekarza. Chory nawet się wtedy cieszy, że po latach płacenia składek ubezpieczeniowych coś mu się zwróci, coś dostanie z powrotem. Potem przychodzi czas na drogie lekarstwa i aparaturę, i bardzo wyszukane, wyrafinowane metody leczenia. Wszystko musi być udokumentowane, tabletki przepisane, zamówione w aptece, połykane trzy razy dziennie. To bardzo długa, zawiła droga. Szamani naszych stepów nie mają takich możliwości, muszą więc szukać lekarstw w sobie. Czym dysponujemy? Mamy inny rodzaj tabletek i recept. Mamy języki, mamy ciała. Uzdrawiamy ludzi ciałem, dotykiem, kontaktem cielesnym.
Uzdrawianie to przywracanie do porządku sposobu myślenia, spojrzenia na świat. Kiedy masuję ludzi odczuwających bóle ramion, cały czas do nich mówię. Opowiadam jednak nie tylko zabawne, lekkie, wymyślone specjalnie dla nich historie. Jestem jak mistrz, który prowadzi ich przez dżunglę ducha. Wygładzam językiem krajobraz duszy, przepędzam zarozumiałość i pychę, które zatrzymały ich w miejscu, które sprawiły, że skamieniali, zamarzli. Muszę to wszystko rozpuścić. I kiedy ktoś, kto przyszedł do mojej jurty posępny i smutny, zaczyna się ze mną głośno śmiać, a jego ciało ociepla się i rozpręża, mówię, że jest zdrowy i może już iść. Kto nie chce usłyszeć, że jest zdrowy? Pacjent uważnie słucha moich słów, zważa na każde zdanie, ton, gest… Powoli zaczyna w środku rozkwitać.

Jaką rolę odgrywa w szamańskim leczeniu język?

W moich wierszach jest burza. To to, co odróżnia szamanów od innych uzdrawiaczy. Uzdrawiam słowami. Jeśli chcę pozostać wierny swojej roli, muszę czasami coś zburzyć, zanim zacznę leczyć. Dochodzą do głosu siły natury, jakie we mnie żyją. Nie są to delikatne, dobrotliwe słowa chrześcijańskiego księdza. Moje słowa są twarde, nieujarzmione, bezpośrednie i proste. Często obrzucam nimi pacjentów. Bo w chorych jest jakaś sztywność. Zanim ich wyleczę, muszę zlikwidować to zesztywnienie, dopiero potem mogę mówić o czymś innym.

A więc to nie szaman uzdrawia, ale siły natury, które przez niego przemawiają?

Ja całkowicie utożsamiam się z naturą. Kiedy siedzę na górze, zamieniam się w kamień, odpoczywam. Kiedy idę przez stepy, staję się trawą. Rosnę, szeleszczę, usycham. Kiedy przechodzę przez rzekę, płynę. I tak można długo – jestem po prostu cząstką natury. Całkowicie się z nią identyfikuję i nie mam do zrobienia nic więcej. Kiedy jestem kamieniem, jestem po prostu kamieniem, w ciszy i bezruchu. To wszystko. Odsuwam siebie całkowicie na bok. Kiedy już mnie nie ma, naprawdę staję się tylko kamieniem i czuję się jak kamień. Nie mam wtedy żadnych innych zadań czy ról do odegrania. Kiedy posiądzie się taką umiejętność, można zacząć kierować naturą. Zaklinamy Niebo i od razu zjawia się Ojciec. Czasami jest osowiały i markotny, a czasami w świetnym nastroju. Czasami to silny ojciec, a czasami delikatny, troskliwy, dobry.

Czy to znaczy, że szamanizm wiąże się z magią i siłą słowa?

Tak. Ale skupiam się głównie na możliwościach swoich pacjentów. W pełni doceniam każdą istotę. Jeśli daję prawo do życia głuchemu kamieniowi, który nie ma mózgu, jeśli dostrzegam w nim duszę i ducha, o ileż więcej daję go człowiekowi, który siedzi naprzeciwko mnie i jest dokładnie taki sam jak ja! Jestem zdania, że chory pozwolił tylko, aby jego wewnętrzne kanały zapadły w sen, w odrętwienie. Moim zadaniem jest je uruchomić.

Jest pan przywódcą plemienia, poetą, szamanem. Czy te role są od siebie oddzielone, czy też są kawałkami całości?

Istnieje tylko jeden Galsan Tschinag. Ale jest on co najmniej trójczłonowy. To suma wielości. Jestem tą sumą, kiedy piszę, kiedy prowadzę swój lud i kiedy reprezentuję go na Zachodzie, a także wtedy, kiedy leczę pacjentów. Szamanizm to suma wielości. Szaman musi potrafić wszystko. Tuwiński szaman jest przede wszystkim poetą, bo słowa są jego bronią. Im lepszy szaman, tym mniej potrzebuje środków pomocniczych – bębnów, liści, dzwonków. Używa się ich na początku, aby przekonać ludzi i samego siebie, że jest się szamanem. Im szaman lepszy, tym biedniej wygląda. Ostatecznie jest to człowiek, który wydobywa z głębi siebie swego wewnętrznego szamana i wystawia go na widowisko. Musi się wciąż od nowa konstruować.

Czy pan jest szamanem? Czy tak pan o sobie mówi?

Kiedy pytamy kogoś czy jest szamanem, i słyszymy odpowiedź tak, najprawdopodobniej nie mamy do czynienia z szamanem. Kiedy słyszymy nie – możliwe, że nim jest. Trzeba jednak zobaczyć, jak taki człowiek pracuje, jak uzdrawia. Kiedy przychodzi do niego pacjent, chory i ledwo dyszący, ze łzami w oczach, a wychodzi wyprostowany i roześmiany – możliwe, że rzeczywiście mamy do czynienia z szamanem.

Jak zostaje się szamanem?

Szamanem się nie zostaje, szamanem się jest. To dar, szczególna zdolność, szósty zmysł. To dar natury. Ukryta umiejętność, która ma wartość drogiego szlachetnego kamienia. Tragiczne w kulturze Europy jest to, że kogoś, kto wykazuje takie zdolności, z góry uznaje się za umysłowo chorego, szalonego, zwariowanego czy niepełnosprawnego. Takich ludzi się wyśmiewa i zniechęca. Muszą się więc ukrywać. Czasami odbierają sobie życie albo znikają w zakładach psychiatrycznych, jak Hölderlin czy Nietsche, i tam dożywają swoich dni. My mamy świadomość, że są obdarzeni bardzo wartościowymi właściwościami, niezwykłymi, unikalnymi zdolnościami. Wychodzimy więc takiemu człowiekowi naprzeciw, nosimy go na rękach i wspieramy, aby mógł dalej się rozwijać.

Czy moglibyśmy doszukiwać się u naszych pisarzy szamańskich zdolności?

Oczywiście, niektórzy pisarze są wielkimi szamanami. Na przykład Goethe. Jestem germanistą i zajmowałem się badaniem jego twórczości. Goethe pisał dobre wiersze nie jako pisarz, ale jako szaman. Był wielki, potężnym szamanem, jednym z niewielu szamanów światowych, olbrzymem w sprawach ducha i duszy.

Czy szaman to wynalazca, twórczy, spontaniczny stworzyciel wszystkiego, co nowe, nieznane?

Powiedziałem przecież, że szaman jest umysłowo chory, jest szaleńcem, bezwstydnym klownem. Ale szaleńcy są mędrcami. Wartość szamana bierze się z tego, że ze wszystkim eksperymentuje i ciągle rozszerza swoje horyzonty, ciągle dotyka tego, co niewidzialne, i znajduje nowe ścieżki. Powiedziałem „wartość szamana”, ale „szamana” nie ma. Tak samo jak nie istnieje Niemiec czy Chińczyk, nie istnieje też szaman. Każdy szaman musi znaleźć samego siebie, własną drogę, własne osobliwości i własne metody leczenia. To trudne. Moja ciotka, potężna szamanka, którą opisuję w powieści „Der weisse Ber” (Biała góra) zawsze złościła się, kiedy powtarzałem jej poglądy czy korzystałem z jej metod, kiedy próbowałem ją naśladować. Przyglądała się natomiast z wielkim zainteresowaniem, kiedy rozwijałem własne metody. Chwaliła mnie wtedy: „Dobrze dziecko, teraz jesteś na właściwej drodze! Teraz rozumiesz duchy!”. Tyle, że nie używała słowa duchy; nazywała te istoty diabełkami.

A więc szaman stwarza samego siebie, a przez to swój świat ciągle od nowa…

Szaman jest stwórcą. Codziennie stwarzamy siebie samych, Pan też to robi! Codziennie rano trzeba stworzyć siebie na nowo. Codziennie rano musimy wynaleźć koło. Codziennie musimy wynaleźć kosmos i codziennie wieczorem, kiedy kładziemy się na spoczynek, musimy go zniszczyć, aby następnego ranka znowu go stworzyć. Tak jak samych siebie.

A przecież powołuje się pan na pewne tradycje i wiedzę…

Wielka szamanka, która przez jakiś czas mnie uczyła, rozpoznała we mnie swojego następcę. Sama miała piętnaścioro dzieci. Ja byłem najmłodszym, najbardziej rozpieszczonym. Wprawdzie wychowywałem się w jurcie przywódców, ale byłem obcym dla niej dzieckiem. Ale to właśnie mnie się poświęciła. Żadnego z własnych dzieci nie nauczyła tego, czego systematycznie uczyła mnie. Najprawdopodobniej zobaczyła coś w woreczku, z którym przyszedłem na świat. Było w nim to, czego potrzebowała. Więc mnie wykształciła. To ta sama szamanka, która wyśmiała mnie, kiedy stanąłem przed nią w wieku siedemnastu lat, uważając, że jestem całkowicie uformowany i dorosły. Powiedziała: „Wszystko, co stworzyłeś, sam zniszczysz”. I tak się stało. Kiedy miałem osiemnaście lat, byłem już słynnym poetą. Potem nadszedł dzień, w którym spaliłem wszystkie swoje wiersze i postanowiłem nigdy nie zajmować się pisaniem poezji i podobnymi bezsensownymi rzeczami.
Ale później, po latach, znowu zacząłem pisać wiersze, z innym przesłaniem i z całkiem innej perspektywy. Ta wielka szamanka powiedziała mi: „To nie jest twoje miejsce. Musisz udać się najpierw do duchów, nauczyć się ich języka, a potem, w ich języku, zacząć pracować jako szaman. Nieważne w jakiej skórze – będziesz szamanem nowego świata”.

Kiedy pan pisze, wprowadza pan ludzi w inny stan świadomości, w rodzaj transu. Czy mowa i pisanie są różnymi sposobami leczenia wykorzystywanymi przez szaman?

Dobrze powiedziane. Trafił pan w sedno…

Jak to się ma do wróżenia z kości i kamieni, które pokazuje pan zachodniemu światu w trakcie swoich wizyt?

To dla mnie okazja, żeby pokazać, że nie jestem szarlatanem. Być może wyglądam nieco dziwacznie, ale pod tym szaleństwem kryje się głębszy sens. Galsan Tschinag potrafi też oczywiście kłamać, bo jest tylko człowiekiem. Ale wyrocznia nie może kłamać. I kiedy wróżę i pojawia się konkretny obraz, staje się on świadectwem i dowodem na to, że mówię prawdę. Wyrocznia może pokazać wszystko, również to, czego byśmy nie chcieli.

Czy to znaczy, że różne płaszczyzny naszej rzeczywistości są ze sobą powiązane? Czy szaman potrafi rozpoznać te powiązania?

Einstein, nasz stary, dobry Albert, powiedział kiedyś: „Wyobraźmy sobie małą istotę – na przykład mysz – która długo przygląda się jednej dalekiej gwieździe. Jakie będą tego skutki? Otóż wywrze to wpływ na kształt całego kosmosu”. Jeśli mała myszka patrzy na daleką gwiazdę i w ten sposób wpływa na kształt kosmosu, dlaczego ludzie – z ich doświadczeniem, wolą, pasją i pragnieniem przekraczania granic horyzontu – nie mieliby być w stanie wpłynąć na ułożenie kości? Doświadczenie mówi mi, że możemy wpływać na wszystko. Odwołuję się do fizyki kwantowej. Naukowcy dawno udowodnili, że obserwujący może, przez sam fakt obserwacji, wpłynąć na to, co obserwuje. Nie wiem dokładnie, jak to się dzieje. Faktem jednak jest, że człowiek może wpłynąć na ułożenie kości.

Czy obecne zainteresowanie szamanizmem wynika z możliwości odkrycia sterowania różnymi płaszczyznami świadomości?

Z pewnością tak. Ludzkość bardzo się rozwinęła w ciągu ostatnich stuleci. Przed trzystu laty Newton odkrył ważne prawa  fizyczne i uznał je za niepodważalną, ostateczną prawdę. Po nim Max Planck, Albert Einstein i inni odkryli luki i słabe strony jego teorii. Po upływie następnego stulecia mamy do czynienia ze strzępami tej starej fizyki. Nic się już do końca nie zgadza – fizyka, filozofia, biologia, botanika. Wszystko stało się nieco inne. Nie znaczy to, że stare teorie były kłamstwem, ale że poszerzyliśmy swoje horyzonty. Bazując na tych teoriach zobaczyliśmy nowy horyzont.
Dzisiaj możemy patrzeć dalej. Stało się to zupełnie naturalne. Teraz musimy pomóc ludziom zjednoczyć się w poszukiwaniu prawdy i istoty rzeczy. Próbujemy zgłębić to, co kryje się za horyzontem. Szamanizm też jest próbą dotarcia do tego miejsca. Mam nadzieję, że spotkanie tych dziedzin – szamanizmu, fizyki kwantowej i nowoczesnej biologii – zaowocuje współpracą. Musimy działać razem. Bardzo chciałbym współpracować z lekarzami i uzdrawiaczami. Kiedy staniemy razem, ręka w rękę, i nikt nie będzie uważał, że jest najmądrzejszy, jako ludzkość będziemy w stanie odnaleźć mądrość.

Ale dla pana – jako szamana – oznacza to ciągłe balansowanie na granicy tego, co nieznane, dotychczas niedoświadczone, na krawędzi szaleństwa – to wymaga dużo odwagi…

Ja, jako część większej i wysoce szanowanej przeze mnie natury, nie mam prawa upaść czy spaść. Jeśli coś takiego się dzieje – nie dzieje się naprawdę. Udajemy wiele rzeczy. Szaman ma sto tysięcy twarzy. W mojej skórze siedzą różni ludzie i zawsze eksponuję tego, który jest mi właśnie potrzebny. Szaman to artysta życia. Odwagę trzeba połączyć z inną właściwością – pokorą. Im odważniej się zachowuję, tym więcej pokory w głębiach mojej duszy. Jest to więc nierozłączna para – odwaga i pokora. Równowaga między nimi wciąż ratuje mi życie.


 

„Dawna mądrość  na nowe czasy: rozmowy z uzdrawiaczami i szamanami XXI wieku” (2008r.) – ta książka to współczesna opowieść o rytuałach naszych przodków. Znajdziesz w niej opisy tego, co działo się w bardzo dawnych czasach, w kręgu, przy nocnym ogniu: historie opowiadana przez starszyznę plemienną, rozmowy z mędrcami, uzdrawiaczami i szamanami. Niezwykłe jest w tej książce to, że przy jej ogniu siedzi nie jeden przedstawiciel starszyzny plemiennej, a ponad tuzin. Owa „starszyzna” – szamani i uzdrawiacza – pochodzą nie z jednego, i jak to często bywało odizolowanego od reszty świata plemienia, lecz z siedemnastu rdzennych kultur z pięciu kontynentów.
Szamani opowiadają o tym, że czuli się zagubieni kulturowo, i o tym, jak się odnaleźli. Niektórzy mówią o przymusowej deportacji do nowoczesnego świata. Przez nią albo dzięki niej musieli przyswoić sobie nową wiedzę. Jeszcze inni równolegle do trwających długie lata procesów inicjacji szamańskiej studiowali na zachodnich uniwersytetach, pracowali w nowoczesnych ośrodkach administracyjnych czy edukacyjnych. Wielu musiało odbyć bolesną i trudną wewnętrzną wędrówkę, aby osiągnąć harmonię – dopiero wtedy mogli zostać prawdziwymi międzykulturowymi nosicielami starych mądrości. Jako dzieci dwóch światów nauczyli się nie tylko praktykować swe rdzenne tradycje, ale też rozumieć je w sposób analityczny. A to umożliwiło prawdziwy dialog pomiędzy zadającym pytania człowiekiem Zachodu i odpowiadającym szamanem.

 

O autorze

 

Geseko von Lüpke – ur. W 1958r., politolog i etnolog. Autor wielu książek, niezależny dziennikarz, redaktor audycji radiowych. Organizuje i prowadzi konferencje, wykłady i otwarte debaty dotyczące kultury, nauk przyrodniczych i duchowości. Długie podróże po świecie, zwłaszcza po Azji, obudziły w nim zainteresowanie duchowym rozwojem człowieka. Od lat prowadzi seminaria poświęcone vision quests, w czasie których pomaga ludziom przechodzącym życiowy kryzys. Dzięki rozległym kontaktom na całym świecie stał się pośrednikiem i „tłumaczem” między różnymi kulturami.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *