J. Stąpór – Szalupa śmierci

Uderzył piorun w więzy braterstwa!

Grzmot długi czas jeszcze wybrzmiewał.

Za burtą martwa biała mewa.

Nie ma przebacz, gdy sztorm lekcji udziela.

 

Pociemniało niebo, horyzont mgła spowiła.

Wiatr ich wywiał w kotlinę bez wyjścia.

Na stokach po obu stronach wataha wilcza.

Wyje się pieśń do księżyca, bo poległa misja.

 

Nie przewidzieli takiego zakończenia –

brunatna krew po sercach ścieka.

Po pokładzie toczy się kielich cierpienia.

Za sterem Cienie zabijają marzenia.

 

Spod pokładu wynurzają się duchy dzieciństwa

upominając się o potrzebę domowego ogniska.

Czeka ich co najwyżej zasłona dymna.

To nie czas, by rany lizać, gdy śmierć się zbliża.

 

To nie wysuszona kostucha z opowieści matki,

tylko strzelista skała daleka od przystani,

a na niej Kurhan Krzywdy powstały z Perspektywy.

Tak odkrywcy zbłądzili zasłuchani w projekcji rytm.

 

Rzucili sobie to ostatnie spojrzenie.

Jedno z tych, gdy nie wiesz co dalej będzie.

Było w tym piękno wyłącznie im dostępne,

choć teraz każdy zdany tylko na siebie.

 

Nie ma zgody między bajarzami

co do dalszych losów braci.

Słyszy się tu i ówdzie, że czas uleczył rany,

ale też, że mężczyzna z chłopcem już się nie spotkali…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *